W politycznej sile odczuwalny jest wstrząs. Czy go czujesz?
Prezydent Donald Trump kusi swój prezydencki los, uchodząc dosłownie ze wszystkim, co kiedykolwiek zrobił w swoim życiu politycznym i osobistym — łącznie z cywilnym wyrokiem za napaść seksualną i brutalną próbą zamachu stanu na Kapitolu. Teraz jednak odrzuca wszelką ostrożność, która kiedykolwiek mogła go powstrzymywać. W ciągu zaledwie ostatniego miesiąca wystawił na próbę nawet tolerancję MAGA. Biorąc pod uwagę historię, nie ma reguły, która mówi, że zawsze będzie uchodził ze wszystkim. Wydaje się zdecydowany poddać system ostatecznemu testowi wytrzymałości.

Coś musi w końcu puścić — i możemy to być my. Ale on też z pewnością wystawia się na ryzyko.
Załóżmy kombinezony ochronne lub zbroję Mandalorianina i przejrzyjmy ostatnie nagłówki ilustrujące najnowsze próby monetyzacji władzy przez Trumpa. Następnie przyjrzymy się, jak jest to odbierane wśród republikanów i ogólnego elektoratu.
Jest oczywiście bezprecedensowy ruch polegający na dosłownym zagarnięciu 1,776 miliarda dolarów ze Skarbu Państwa Stanów Zjednoczonych i wykorzystaniu ich do „wynagrodzenia" sojuszników, których Trump twierdzi, że byli ofiarami prześladowań ze strony DOJ (Odważył się nawet na żart — „1776", prawdziwa niezależność od prawa). Teoretycznie fundusz jest wynikiem wycofania przez Trumpa pozwu przeciwko IRS za ujawnienie informacji podatkowych jego rodziny.
Tyle że tak nie działają ugody, a „ofiary" ewentualnych nadużyć DOJ zawsze miały możliwość złożenia własnych roszczeń do rozpatrzenia przez sędziego — nie przez przyjaciół Trumpa. Jedyne, co wyróżnia te roszczenia, to fakt, że zostały dokonane przemocą w imię Trumpa. O ile żadne prawo nie zabrania takiej ugody, to z pewnością dlatego, że nikt nigdy nie wyobrażał sobie, że ktokolwiek — nie mówiąc już o prezydencie — o coś takiego poprosi. Nie chcąc być niegrzecznym, warto też zauważyć, że zawsze istnieje możliwość, iż wypłaty z ugody wiążą się z oczekiwaniem, że pewien procent zostanie przekazany na cele charytatywne — a wszyscy wiemy, jak Trump z nimi postępuje.
Udowodnij mi, że się mylę.
Idąc dalej — Trump ujawnił niedawno, że nie tylko jest mocno zaangażowany w rynek akcji, ale jest też bardzo aktywny w swoich transakcjach, bardziej aktywny niż większość traderów. Jest też w tym całkiem dobry. Niesamowicie dobry. W końcu po co studiować przyszłe trendy, skoro jest się prezydentem i można je tworzyć?
Komentatorzy nie mogą nie zauważyć zbieżności między jego zakupami akcji a działaniami prezydenckimi podejmowanymi na rzecz tych spółek. Jako jeden przykład: w lutym Trump kupił akcje producenta chipów AI Nvidia o wartości od 1 do 5 milionów dolarów, a tydzień później firma rozszerzyła umowę dotyczącą AI z Meta Platforms. Wskazówka: gdy Trump umieszcza ticker akcji spółki w oświadczeniu, może to oznaczać, że ma w tym „interes". Trump kupił akcje Palantir o wartości do 530 000 dolarów w marcu, a następnie w kwietniu napisał na Twitterze: „Palantir Technologies (PLTR) udowodniło, że ma doskonałe możliwości i sprzęt bojowy. Zapytajcie naszych wrogów!!!"
Istnieje program, który to śledzi — jeśli wiesz, gdzie szukać.
Niezła robota, jeśli można ją dostać. Prześlij swoje CV do Kolegium Elektorów.
Coś się dzieje z salą balową. Nikt — nawet Donald Trump — nie obsesjonuje na punkcie przepychu tak bardzo, jak Trump obsesjonuje na punkcie swojej sali balowej. Nie mija ani jeden dzień, w którym nie wspomina o pilnej potrzebie stworzenia czegoś, co ma być zaledwie gigantyczną luksusową przestrzenią do przyjmowania gości.
Jednak słuchając Trumpa, można się zastanawiać, jak kraj doszedł tak daleko bez niej. We wtorek Trump wygłosił najdziwniejszy komentarz.
Chwila. Panie Prezydencie? Słucham?
Czytelnicy mogą wybaczyć sobie popadanie w mroczną paranoję co do tego, dlaczego najbardziej godne uwagi cechy tej „sali balowej" obejmują zdolności antymisylowe i wyraźną linię ostrzału dla snajperów obronnych z dachu. Media społecznościowe są zalane wpisami sugerującymi, że najbardziej oczywistym wyjaśnieniem jest to, że Trump nie planuje opuszczać Białego Domu — i powodzenia w próbach wyciągnięcia go stamtąd, czy to na mocy uprawnień wymienionych w Konstytucji, czy tych emanowanych z F-16. Wydaje się wierzyć, że jest nietykalny — i, o ile wiemy, może mieć rację. Niezależnie od tego, coś jest wyraźnie nie tak. (Do czasu, gdy wspomni, że buduje pierwsze na świecie podziemne pole golfowe pod Waszyngtonem, będzie już za późno.)
Niezależnie od prawdziwego przeznaczenia sali balowej, opinia publiczna w Ameryce pozostaje oszołomiona tym, jak oczywisty brak na poziomie krajowym stał się priorytetem numer jeden. W tych trzech lub czterech przypadkach, gdy przeciętny Amerykanin potrzebuje sali balowej — może na wesele córki — wynajmujemy to, co nazywamy „salami" z kościołów, klubów Rotary, szkół lub — no cóż — klubów golfowych. Jakoś sobie radzimy.
Jest jednak pewna jasna strona — i wracamy do Trumpa kuszącego los. Ci z nas, którzy sprzeciwiają się Trumpowi, nigdy nie byli bardziej „na właściwej ścieżce" niż wtedy, gdy milczymy, patrząc, jak ktoś w czerwonej czapce tankuje swój pickup. Ford nie nazywa ich F150 jako skrótu od „Fill it for $150.00" (Zatankuj za 150 dolarów). Tymczasem prezydent MAGA jest w radiu, informując, że jego sala balowa za miliard dolarów prawdopodobnie ma parking dla czołgów.
Trump właśnie wystawił sobie licencję na kradzież — dosłownie. Trzeba przyznać, że może to być część ugody za 1,78 miliarda dolarów, ale zasługuje na osobne omówienie. Trumpowi udało się właśnie ułaskawić siebie i swoją rodzinę za wszystko, co wiadomo, że zrobił, plus za wiele więcej, o czym możemy nigdy nie wiedzieć — ponieważ jego „umowa ugodowa", wynikająca z wycieku akt IRS jego dotyczących (Stało się to za jego kadencji; on ponosi za to ostateczną odpowiedzialność), zawiera tę klauzulę wołającą o impeachment. Stany Zjednoczone są na zawsze pozbawione prawa do:
Ścigania lub dochodzenia jakichkolwiek roszczeń, wzajemnych roszczeń, podstaw powództwa, odwołań lub wniosków o jakiekolwiek zadośćuczynienie... niezależnie od tego, czy są obecnie znane czy nieznane... które zostały lub mogły zostać zgłoszone przez Pozwanych przeciwko którymkolwiek z Powodów... wynikających z (1) jakichkolwiek kwestii, które zostały lub mogły zostać poruszone w Sprawie lub Oczekujących Roszczeniach Agencji; (2) Lawfare i/lub Weaponizacji; lub (3) jakichkolwiek kwestii aktualnie oczekujących lub mogących oczekiwać (w tym zeznań podatkowych złożonych przed Datą Wejścia w Życie)...
Pamiętajcie, że TO ON był Powodem, a mimo to brzmi to jak zwolnienie pozwanego. Każdy prezydent, który nawet pyta o taką ugodę, powinien zostać natychmiast poddany impeachmentowi — bo wprost twierdzi, że nie może być badany przez Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, ścigającego przestępców, za żadne przestępstwa (Lawfare lub „Weaponizacja"), a klauzule druga i trzecia nie są ograniczone do patrzenia wstecz, lecz mogą być odczytywane prospektywnie. Gdzieś Putin gwiżdże z uznaniem — to czystsze niż wyrzucanie ludzi przez okna. Ale przesłanie jest nie mniej wyraźne: „Nie dotykajcie mnie."
Darujcie sobie komentarze o tym, że MAGA pozwala Trumpowi na wszystko i że to tylko kolejna tego część. I tak, tak — senator z Luizjany Bill Cassidy właśnie wypadł z prawyborów za głosowanie „winny" w impeachmencie Trumpa II (Impeachmenty będą prawdopodobnie wyglądać jak seria Gwiezdnych Wojen pod koniec tego wszystkiego, zwłaszcza jeśli doczekamy 2028 roku i Impeachmentu IV „Nowa Nadzieja"). Dodatkowo, przedstawiciel z Kentucky Thomas Massie właśnie dostał cięgi za odważenie się na dochodzenie w sprawie Epsteina wbrew woli Trumpa. Ale to są wyborcy prawyborów GOP — typ, który wciąż odpowiada na e-maile Trumpa z prośbą o datki. Ci ludzie nie są reprezentatywni dla ogólnego elektoratu.
Nasz ostatni eksponat dotyczy tego, że Trump prowadził kampanię pod hasłem „America First", a mimo to spędził ostatni czas w Gabinecie Owalnym, bratając się z miliarderami różnych narodowości — uwodząc nie tylko Musków, Bezosów i Ellisonów, ale też Saudyjczyków, podróżujących odrzutowcami i hojnie obdarowujących Katarczyków oraz, oczywiście, człowieka, którego wielu nazywa „prawdziwym" najbogatszym człowiekiem na ziemi — Władimira Putina. Jedynym momentem, gdy Trump zwraca uwagę na amerykańskich robotników, jest sytuacja, gdy chce, by ludzie kupowali akcje spółki, w której pracują. Biedni ludzie z Kentucky wiedzą, że Trump dba o nich tylko wtedy, gdy ktoś z Kentucky żąda zbadania znajomych Epsteina — i wtedy Trump dba bardzo. (To prawie jakby Trump próbował nam coś powiedzieć.)
Naprawdę tym razem kusi los — sala balowa jako nowoczesny Wersal, fundusz na prywatną armię, day trading z Gabinetu Owalnego, karta „wyjdź z więzienia za darmo" — to wszystko trafia do nagłówków, i prawie wszystko to dzieje się w czasie najniższych sondaży Trumpa w historii, z średnim poparciem na poziomie 38,5%. Nie trzeba być politycznym mędrcem, by zauważyć, że wszystko wymienione powyżej przesunie igłę w dół, znacznie w dół. I to, moi drodzy przyjaciele, jest miejsce, gdzie możemy uderzyć twarzą w mur równie solidny, co niepokojący.
Bo jaki jest jedyny wniosek?
Niezależnie od wszystkiego innego, czym Trump może być, jest mistrzem brandingu; jest doskonale świadomy swoich trendów politycznych w tym samym stopniu, co trendów rynkowych — a to wyraźnie dużo. Wie, że nic z tego nie pomoże jego fortunie politycznej — tylko jego majątkowi. I to jest problem, bo jesteśmy niemal zmuszeni do wniosku, że Trump uważa, iż osiągnął własny punkt krytyczny — że dosłownie nic politycznego nie ma znaczenia od dziś. Może robić wszystko. Sondaże nie mają znaczenia. Polityka nie ma znaczenia. Przestępstwa nie mają znaczenia. Jego lęki zniknęły. Patrzymy na „okres post-prezydenckiej odpowiedzialności" — przynajmniej tak on to najwyraźniej widzi.
Wiemy, jak my to widzimy — od dawna. Teraz wszyscy to wiedzą. W politycznej sile odczuwalny jest wstrząs, a wszystkie strony są w punkcie krytycznym. Amerykanie nie mogą znieść wiele więcej, a Trump nie może sobie wziąć zbyt wiele. My walczymy o jedzenie i tankowanie; on walczy o dalsze maksymalizowanie swojego luksusu i bezpieczeństwa. Jedna strona wygrywa, przegrana strona traci — nie ma środka drogi dla ugody — widzieliśmy, jak wyglądają ugody Trumpa.
Tak, poprzednio uchodziło mu ze wszystkim, co zrobił. Ale nigdy nie zrobił czegoś takiego. I na pewno nigdy nie zrobił tego w momencie, gdy Amerykanie zmagają się tak jak teraz. Maria Antonina postawiła podobny zakład w podobnych okolicznościach — i wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Prawda, Wersal nie był budowany z myślą o liniach ostrzału snajperów obronnych, nie mówiąc już o technologii antydroneowej. A Trump nie wypuści ciasta z sali balowej, zwłaszcza jeśli jest czekoladowe. Ale jest tu pewna zbieżność — i nie, Panie Prezydencie, to lekcja historii, nie groźba, zanotowana w duchu '76: żadnych królów. Nie „86."
Jedyną pewnością jest to, że to nie jest zrównoważone. Coś się zmieniło w ostatnim miesiącu — wstrząs w politycznej sile. Teraz albo nigdy. Albo jakiś galwanizujący ruch w końcu okiełzna rządy Trumpa, albo ostatnie resztki tego, co uważaliśmy za naszą konstytucyjną republikę, zostaną sprzedane na złom — bez wątpienia użyte jako umocnienie sali balowej.
Jason Miciak jest felietonistą Rawstory at Large, byłym zastępcą redaktora Occupy Democrats, autorem, amerykańskim prawnikiem i samotnym tatą córki. Proszę śledzić na Bluesky. Można się z nim skontaktować pod adresem jasonmiciak@gmail.com


